Tyle samo, czy to samo tak samo? – bajka do czytania

0
65
views
Bajka o tym, jak sprawiedliwie traktować dzieci
Źródło grafiki: pixabay.com

Czy wiesz, jak sprawiedliwie traktować dzieci?

To wcale nie jest takie proste. Zwłaszcza, że sprawa dotyczy wielu sytuacji. Choćby przy stole: dawać każdemu tyle samo co innym, czy tyle, ile zwykle zjada? Jak uniknąć kłótni, że ona ma więcej niż on?

Oto jeden z pomysłów, które możesz wykorzystać. By go poznać, pobierz i przeczytaj dzieciom bajkę i sprawiedliwym traktowaniu w rodzeństwie. Kto wie, może to, co zrobiła mama Oli i Krzysia, sprawdzi się również w twojej rodzinie i następnym razem, przy stole panować będzie zgoda i radosna atmosfera. Tego ci życzę i zapraszam na bajkę:

Tyle samo, czy to samo tak samo?

W tym tygodniu nauczyłem się bardzo ważnej rzeczy: kiedy coś się dostaje razem z kimś innym, to lepiej dostać to samo tak samo, niż to samo tyle samo. Zaraz wytłumaczę.

W odwiedziny w piątek przyjechał Bączek z Fafikiem. Przywożą swoje miski na wodę i jedzenie i one stoją w tym samym kąciku co moje. Do tej pory często byłem zły na panią Ewę, gdy nakładała nam jedzenie, bo zdarzało się, że Bączkowi nakładała więcej. Niby wyglądało, że jest tyle samo, ale ja mam bardzo dobry wzrok i wdziałem, że Bączek ma więcej. No i byłem przy okazji zły na Bączka, że przez niego ja dostaję mniej. To psuło naszą przyjaźń i odbierało mi dobry humorek. Nieraz nawet na cały dzień. I choć nigdy nie chodziłem głodny, to i tak byłem zły, że Bączek dostał więcej niż ja.

W tym tygodniu Bączek znów dostał więcej. Gdy moją głowę wypełniały smutne myśli, usłyszałem rozmowę między dziećmi, a panią Ewą. Maluchy kłóciły się, że mama jest niesprawiedliwa, bo Ola dostała mniej naleśników niż Krzyś. A ona chciała dostać tyle samo.

Przestałem na chwilę jeść, bo przecież w tej kłótni chodziło o to samo, o co ja jestem zły na panią Ewę i Bączka. Pomyślałem, że teraz to na pewno jest wina pani Ewy, bo nie tylko mnie daje mniej. Okazało się, że Oli też i bardzo dobrze ją rozumiałem.

Ola aż się popłakała, że mama jej tak zrobiła. Naleśników więcej nie było i choć Ola miała jeszcze na talerzu jednego całego i jednego, którego dopiero zaczęła jeść, to już płakała, że ma za mało, bo Krzyś dostał jednego naleśnika więcej i właśnie kończył go jeść. W takiej sytuacji nawet gdyby chciała wziąć choćby połowę, to i tak by nie mogła.

Mama nic nie mówiła. Może miała jakiś plan? A może wiedziała, jak to wszystko się skończy. Ja nie wiedziałem, więc czekałem. Bączek dawno skończył jeść i oblizując się wybiegł do ogrodu. W mojej misce jedzenia było dużo, a ja przez tę kłótnię domowników, przestałem być już tak bardzo głodny, jak wcześniej. Choć nie wiedziałem, czy dam radę zjeść to, co dziś znalazło się w mojej miseczce, to i tak wciąż byłem zły.

Krzyś skończył jeść naleśniki i zostawił po sobie pusty talerz. Ola wciąż nie mogła dojeść tego jednego, a na talerzu był jeszcze jeden. Jadła wolniej, bo w międzyczasie płakała i skarżyła się. Krzyś nie chcąc, by naleśniki mu wystygły, nic się nie odzywał tylko jadł. I zjadł wszystkie, gdy te były jeszcze ciepluteńkie. Wstał od stołu i wybiegł do ogrodu, by pobawić się w piaskownicy. Ola została sama z talerzem i całym naleśnikiem do zjedzenia. Mama zaś krzątała się po kuchni.

W pewnej chwili Ola stwierdziła, że już więcej nie da rady jeść i że to dlatego, że jest jej smutno, a kiedy jest smutna, to traci apetyt. Mama znów nic nie odezwała na te słowa.

Dwa dni później na obiad była zapiekanka z tuńczykiem, ryżem i majonezem – ulubione danie Krzysia i Oli. Tym razem też jadłem w tym samym czasie obiad i zastanawiałem się, czy Ola nie będzie narzekać na mamę, że dała jej mnie, niż Krzysiowi. Pani Ewa nakładając zapiekankę na talerze, głośno liczyła: jedna łyżka dla Oli i jedna dla Krzysia. I tak do 5 łyżki. W ten sposób na obu talerzach znalazło się tyle samo jedzenia. Nikt nie narzekał, bo każdy dostał sprawiedliwie, jak to określiła Ola. Nic nie zapowiadało, by coś miało się wydarzyć. Krzyś ze smakiem zjadł wszystko, gdy Ola była dopiero w połowie.

– Nie smakuje ci córeczko? – zapytała pani Ewa.

– Smakuje, tylko już nie mogę. Za dużo chyba było. Mogę trochę zostawić? Najwyżej odgrzejesz mi na kolację. Może tak być? – kończąc pytaniem, odpowiedziała Ola.

– Może, może – odpowiedziała pani Ewa.

A to ciekawe. Dwa dni temu Ola płakała, że ma mniej, a teraz miała tyle, co Krzyś i nie zjadła. Nic z tego nie rozumiem.

Na drugi dzień znów były naleśniki, ale tym razem z warzywami. Dzieci też za nimi przepadają.

– Chcecie tyle samo, czy tak samo? – zapytała pani Ewa, przynosząc do stołu talerz z 5 naleśnikami w chrupiącej panierce.

– Nie rozumiem – powiedziała Ola.

– Ja też – odrzekł Krzyś.

– To przecież proste pytanie, ale skoro nie rozumiecie, to już wyjaśniam. Tyle samo, znaczy, że dostaniecie po 2 naleśniki. Wiem, że ty Krzysiu zwykle zjadasz tyle. Ale nie wiem, czy Ola tyle zje. Tak samo, znaczy, że nie będzie tyle samo, czyli nie po 2 naleśniki, tylko po tyle, ile kto naprawdę chce zjeść i ile ze smakiem zje. Na przykład ty Krzysiu masz ochotę zjeść dwa naleśniki, to nałożę ci dwa. A jeśli ty Olu masz dziś ochotę na jeden, to nałożę ci jeden – wyjaśniła pani Ewa.

– A można będzie dostać dokładkę, jakbym miała ochotę na więcej? –zapytała Ola.

– Jasne, naleśników jest tyle, że starczy na pewno. Możesz dołożyć całego albo tylko pół. Krzyś również. Ale nie wiem Olu, czy tobie się to spodoba, bo nie będzie sprawiedliwie. Ty dostaniesz jednego, a Krzyś aż dwa. Co ty na to? Kiedyś płakałaś, gdy dostałaś jednego naleśnika z serem i czekoladą mniej niż Krzyś, dlatego pytam, żeby nie stało się tak jak wtedy. Nie chcę, by było ci przykro z tego powodu i byś znów płakała – dopytywała mama.

Ola pomyślała przez chwilę i patrząc na talerz z naleśnikami, stwierdziła:

– Chyba będzie lepiej tak, jak ty mówisz, czyli tak samo, a nie tyle samo, bo ja jem mniej niż Krzyś. A kiedy mam tyle samo, co on, to potem nie daję rady i muszę zostawić, a nie zawsze da się to odgrzać na kolację. Z resztą, wtedy naleśniki nie są już takie chrupiące, jak na świeżo.

– Ja dalej trochę nie rozumiem tych słów. Są strasznie do siebie podobne. Tyle samo, to samo, tak samo. Wciąż tylko samo i samo – dopytywał Krzyś.

– Wiem, wiem – roześmiała się pani Ewa. – Ale inaczej nie da się tego nazwać, a przynajmniej ja nie potrafię. Kiedy na obiad jest dla każdego z was TO SAMO, jedzenie nakładam na wasze talerze TAK SAMO, czyli każdemu z was daję tyle, ile chce i da radę ze smakiem zjeść. Wszyscy dostajemy tak samo, a to znaczy, że ja z waszym tatą też dostajemy to samo tak samo. Ale sam wiesz Krzysiu, że tyle, co je twój tato, nie dałbyś rady zjeść, prawda?

– No, nie dałbym. On je aż 4 naleśniki z warzywami. Chyba bym pękł, jakbym tyle zjadł – zaśmiał się Krzyś i wyobraził sobie jak po zjedzeniu 4 naleśników, toczy się po ziemi jak wielki balon i wpada na kaktusa. Gdy nabija się na jego kolce, pęka z hukiem jak piłka.

– No widzisz. Dlatego nie można każdemu z nas nałożyć TYLE SAMO, bo albo ktoś po obiedzie chodziłby dalej głodny, bo dostał za mało, albo na talerzu niektórych z nas, zostałoby jedzenie, które potem mogłoby się zmarnować, a tego nie chcemy robić. Dzięki tej zasadzie, każdy wstaje od stołu najedzony, a talerze zostają zupełnie puste. Czasem lepiej nałożyć sobie mniej i potem wziąć dokładkę, niż z zazdrości, że inni mają więcej, wziąć tyle, że nie damy rady tego zjeść. Gotuję tak, że zawsze wystarczy jedzenia, by każdy z nas najadł się do syta i ze smakiem – dokończyła tłumaczenie tych prostych, ale trochę zakręconych słów.

Słuchałem i pomyślałem o mnie i o Bączku. On też chyba ma większy apetyt ode mnie, bo zwykle wyjada wszystko, a w mojej miseczce zostaje mała porcja jedzenia. Potem ona wysycha i nie jest już taka dobra, jak na świeżo.

Pani Ewa to mądra mama. Ja też od dziś wolę to samo tak samo, zamiast to samo tyle samo, bo po co ma się coś zmarnować, zwłaszcza, gdy jest takie pyszne.