Dwa psotne skrzaty – bajka do czytania

0
72
views
Kłótnie między rodzeństwem. Bajka o skrzatach
Źródło grafiki: pixabay.com

Co tu dużo mówić: kłótnie między rodzeństwem zdarzały się odkąd świat istnieje.

I wcale nie chcą zniknąć. Chyba, że im w tym pomożemy. Na dobry początek przeczytaj swoim dzieciom bajkę o psotnych skrzatach. Może sprawi ona, że twoje dzieci rzadziej będą się kłócić. Aby im ułatwić zgodne życie i wesołe zabawy, naucz je rymowanki, którą znajdziesz w bajce.

Dwa psotne skrzaty

– Oddaj! To moje klocki! Słyszysz? Oddaj mi je, bo powiem mamie! – krzyk Oli wyrwał mnie z popołudniowej drzemki, którą ucinałem sobie na kanapie w salonie.

– Co tam się znowu dzieje? – tym razem głos dobiegał z kuchni i należał do pani Ewy. – Nie dadzą człowiekowi spokojnie posprzątać po obiedzie.

– Mamo! On nie chce mi oddać moich klocków, a ja nie mam z czego zbudować domku dla moich lalek – głos z pokoju Krzysia nie ustawał, a nawet był coraz bardziej rozpaczliwy i lada moment komuś mogły popłynąć z oczu łzy. Nie czekając dłużej, zeskoczyłem z kanapy i dałem susa w stronę schodów, po których wchodziła już pani Ewa, idąc sprawdzić, co też dzieje się w pokoju dzieci. Śmignąłem obok jej nóg i zatrzymałem się przed drzwiami, czekając, aż je otworzy.

– Chodź Afik. Może razem łatwiej będzie nam uspokoić te dwa koguciki, które jak ich nie rozdzielimy, wydziobią sobie wszystkie piórka – żartobliwie o całej sytuacji powiedziała do mnie pani Ewa i otworzyła drzwi.
Naszym oczom ukazał się taki oto widok: na środku pokoju siedział Krzyś i Ola połączeni kilkoma klockami. Tak. Chociaż sami nie byli zrobieni z klocków, to dziwnym sposobem, to klocki ich połączyły i teraz chyba nie mogli się rozdzielić. Nie mogli, albo nie chcieli. Trzymali te klocki w swoich małych dłoniach i ciągnęli każde w swoją stronę. Z oczu sypały się iskry zawziętości, złości i gniewu – coś, co rzadko widuję patrząc na Olę i Krzysia. Trudno było ich poznać, tak się zmienili na twarzy. Przyznaję, że wolę, kiedy się uśmiechają.

– Co tu się dzieje? – stanowczym tonem zapytała mama i położyła obie dłonie na rączkach dzieci, które dalej, jak zaczarowane, trzymały kilka klocków i ciągnęły w dwie różne strony świata.

– Bo on mi zabrał moje klocki – już z płaczem zaczęła Ola. – Przyszedł do mojego pokoju jak mnie nie było i mi je zabrał. A jak wróciłam i chciałam zbudować dom dla lalek, to mi tych klocków zabrakło i nie mogłam skończyć.

– To nieprawda. Wcale jej nie zabrałem. Ona kłamie! – bronił się Krzyś.

– Zabrałeś! – przez łzy krzyczała Ola. Cała się przy tym trzęsła i widać było, że nie daje już rady trzymać mocno klocków, które wysuwały się z jej rączek. – Jakbyś mi ich nie zabrał, to by mi nie zabrakło. Mamo, powiedz mu coś, żeby mi je oddał – błagalnym tonem zwróciła się do mamy Ola.

– Olu, Krzysiu, przestańcie ciągnąć te biedne klocki i połóżcie je na moich dłoniach – zaproponowała pani Ewa i ułożyła swoje ręce tak, by dłonie tworzyły niby miseczkę. Z niechęcią, ale też z widoczną ulgą, dzieci przestały ciągnąć do siebie kila klocków i położyły je tak, jak prosiła mama. Widać było, że zmęczyły się tym przeciąganiem klockowej liny. Teraz Ola mogła otrzeć łzy, które aż pokapały na jej sukienkę. Na dłoniach obojga dzieci widać było ślady po klockach. Ależ musiały je mocno trzymać.

Czekałem z niecierpliwością, co też teraz się wydarzy. Czy Krzyś odda Oli klocki? I czy w ogóle je zabrał, bo przecież mówi, że nic takiego się nie stało?
Pani Ewa na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie. Zawsze udaje się jej pogodzić dzieci, bo to nie pierwszy raz tak się kłócą, że aż płyną łzy. Może to dobra okazja, by raz na zawsze to zmienić i pomóc maluchom żyć w zgodzie, a przynajmniej tak często się nie kłócić i na siebie nie złościć. Gdy dzieci trochę ochłonęły i uspokoiły się, mama odłożyła klocki i zapytała:

– Olu, czy widziałaś, jak Krzyś bierze twoje klocki i zanosi do swojego pokoju?

– No…nie, ale na pewno je zabrał, bo mi zabrakło – zdziwiona pytaniem, ale wciąż pewnym głosem, odpowiedziała Ola.

– Macie takie same klocki, bo pamiętam jak z tatą je kupowaliśmy. Jedno opakowanie dla ciebie Olu i jedno dla ciebie Krzysiu. Pamiętacie? –zapytała pani Ewa.

– Tak, pamiętam, bo wtedy razem pojechaliśmy na zakupy i te klocki podobały się nam najbardziej – potwierdził Krzyś, a Ola potaknęła główką, nic tym razem nie mówiąc.

– Przydałby się nam jakiś detektyw, który dowiedziałby się, czy rzeczywiście Krzyś pożyczył sobie klocki Oli, ale niestety nikogo takiego tu nie ma. Może wy macie pomysł, jak się tego dowiedzieć? Jak to sprawdzić, bo każde z was mówi coś innego i to nam nie pomoże was pogodzić ze sobą – zdała pytanie mama i czekała na pomysły dzieci. Widziałem w jej oczach, że sama dobrze wie, jak się tego dowiedzieć, ale chyba chciała, żeby dzieci troszkę pogłówkowały i dzięki temu przestały na chwilę myśleć o tym, co jedno drugiemu zrobiło i o tej złości, której przed chwilą tyle w sobie miały.

– Coś mi się wydaje, że bez bajki się nie obejdzie – z lekkim uśmiechem, ale i tajemniczą miną, odezwała się mama, kiedy żadne z dzieci nie znalazło odpowiedzi na zadane pytanie.

– Opowiesz nam bajkę? Teraz? Przecież bajki opowiada się przed spaniem? – bardzo zdziwionym głosem odezwała się Ola.

– Ale fajnie! – ucieszył się Krzyś, który przez kłótnię z Olą, stracił cały zapał do zabawy. Tak naprawdę nie wiedział, co dalej robić, a do wieczora było jeszcze sporo czasu.

– Tak, teraz, bo może dzięki niej uda nam się znaleźć sposób na te wasze kłótnie, których jest coraz więcej, a ja nie chciałabym was więcej zastać w takim stanie, jak dziś, kiedy w złości o mało nie rozerwaliście swoich ulubionych klocków. Może Iskierka i Chochlik nam pomogą, bo jeśli nie oni, to już nie wiem kto.

 

W małym miasteczku, gdzie ludzie mieszkali w małych kolorowych domkach, a przy każdy domku było mały zielony ogródek, a w każdym zielonym ogródku był mały plac zabaw, gdzie codziennie bawiły się dzieci, żyły sobie dwa skrzaty – Iskierka i Chochlik.
Bardzo się ze sobą przyjaźniły i każdego dnia od samego rana wszędzie było ich pełno. To znaczy w jednej chwili były tylko w jednym miejscu, ale co chwilę to miejsce zmieniały i nikt tak naprawdę nie wiedział, gdzie są, bo bardzo szybko biegały. Nawet kotek – Rudasek, nie zawsze potrafił swoim bystrym wzrokiem ich dostrzec. Skrzaty były szybkie jak wiatr.

Iskierka i Chochlik mieszkały w domku rodziny Zgodnych. Nikt jednak tak o nich nie mówił. No, może na samym początku, kiedy się wprowadzili do swojego domu. Potem jednak większość mieszkańców małego miasteczka zapomniała, jak owa rodzina ma na nazwisko, bo coraz częściej mówiło się o nich: rodzina Spieralskich. A to dlatego, że często się ze sobą spierali o byle co. Kłócili się każdego dnia.
Kiedy jakaś nowa rodzina sprowadzała się do miasteczka i chciała wybudować sobie dom, szukała takiego miejsca, które było jak najdalej od rodziny Spieralskich. Nikt przecież nie chciał słuchać każdego dnia, jak się kłócą, krzyczą i biegają po ogrodzie w pogodni za sobą, bo znów ktoś coś komuś zabrał, a przynajmniej tak mu się wydawało.

Dziwnym trafem, Iskierce i Chochlikowi zupełnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Nie wyobrażali sobie innego miejsca na ziemi, w którym mogliby zamieszkać. Nie znaczy to, że nie wychodzili z domu. O nie. Jak powiedziałam, wszędzie było ich pełno, ale najczęściej można było ich spotkać w małym domku rodziny Spieralskich.
Tylko niektórzy w miasteczku pamiętają, że rodzina Zgodnych zaczęła tak często się ze sobą kłócić mniej więcej od tego czasu, gdy zamieszkały u nich dwa skrzaty: Iskierka i Chochlik. Nikt jednak nigdy nie połączył tych dwóch faktów i uznano, że po prostu ta rodzina jest wyjątkowo kłótliwa i niezgodna.

Odkąd skrzaty zamieszkały w miasteczku z kolorowymi domkami, nie tylko w rodzinie Spieralskich dochodziło do kłótni. Zdarzały się one w każdej innej rodzinie, choć dużo rzadziej. Kłócili się nie tylko dorośli, ale też dzieci. A to, że któreś zabrało wiaderko z piaskownicy i nie oddało, a to, że za długo się huśta, bo powinno już dawno skończyć. Przecież inne dzieci też chcą się na huśtawce pobawić.
Iskierka i Chochlik mieli wyjątkową moc: gdy tylko pstryknęli palcami, stawali się niewidzialni. Czasem dzieci chciały się z nimi pobawić, ale żadnemu z nich nie udało się znaleźć ani Iskierki ani Chochlika. Jakby się zapadali pod ziemie. Skrzaty jednak wciąż były w miasteczku tylko zupełnie niewidzialne dla ludzi i zwierząt. Inaczej przecież choćby kot Rudasek by je dostrzegł. Ale i on nie miał zielonego pojęcia, gdzie to się podziewają dwa lubiane przez wszystkich maluchy.

Tak było do czasu, kiedy pewnego ranka, mały chłopiec o imieniu Feluś, znalazł przy leśnej dróżce, tęczowe okulary. Tak je nazwał, bo miały na sobie wszystkie kolory tęczy. Szkła też były kolorowe. Podniósł je z ziemi, wytarł trochę o spodnie, trochę o koszulkę i… założył.

– Wow… – aż westchnął z wrażenia Feluś. – Ale fajowo widać przez te okulary.

I nie zdejmując ich z oczu, pobiegł przed siebie, by pochwalić się rodzeństwu, które bawiło się w najlepsze w ogrodzie przy małym kolorowym domku, w którym mieszkali.

– Patrzcie, co znalazłem. Hej, zobaczcie jakie mam fajne okulary – wołał Feluś od samego wejścia do ogrodu. Rodzeństwo Felusia poderwało się z piaskownicy i podbiegło szybko do braciszka.

– Daj popatrzeć, daj popatrzeć – zaczęły wołać jedno przez drugie. – Najpierw ja, najpierw ja – krzyczała do Felusia cała trójka jego rodzeństwa.

– Zaraz wam pożyczę. Po kolei, nie wszyscy na raz, bo je zniszczycie – uspokajająco odezwał się chłopiec i zdjął na chwilę okulary.

– O ja… ale wszystko jest kolorowe i takie jak zaczarowane. O, zobaczcie, tam na gałęzi siedzi taki duży kolorowy ptak i ma złote pióra – wskazała palcem Balbinka, jedna z sióstr Felusia.

– Gdzie? Ja nic tam nie widzę – patrząc w kierunku, który wskazała Balbinka, stwierdził Feluś.

– Ja też nic nie widzę – potwierdził Waluś, brat Felusia.

– No, jak to nie widzicie, przecież tam siedzi i jest taki duży, że nie można go nie zauważyć – przekonywała rodzeństwo Balbinka.

– Nic tam niema. Coś ci się chyba przywidziało. A może to przez te okulary…? – Nagle domyślił się Feluś. – Daj mi je z powrotem na chwilę. Zaraz je oddam, żeby reszta z was mogła sobie popatrzeć.

Balbinka podała bratu okulary, a gdy ten je założył, aż buzię otworzył ze zdziwienia.

– On tam naprawdę jest, taki duży i ma złoty ogon – śmiejąc się od ucha do ucha, wykrzyknął Feluś.

– Ale ja teraz go nie widzę – smutnym głosem odezwała się Balbinka. – Może uciekł?

– Nie, on tam jest, ale widzi go ten, kto ma te okulary. O – i Feluś podniósł je troszkę nad oczy – teraz też go nie widzę. A teraz widzę – stwierdził znów opuszczając okulary na swój nos.

– To są chyba zaczarowane okulary i można przez nie oglądać zaczarowany świat – powiedziała tajemniczym i trochę przyciszonym głosem Balbinka. Mówiła tak, jakby się bała, że ktoś może ją usłyszeć i zabrać magiczne okulary.

– Ciekawe, co jeszcze można zobaczyć oprócz zaczarowanych kolorowych ptaków ze złotym ogonem? – zastanawiał się na głos Waluś.

– Poczekamy, zobaczymy – zadowolony z siebie odrzekł Feluś i zaproponował, żeby na razie schować okulary pod drzewem w małej norce i przykryć je liśćmi. Wtedy nikt ich tam nie znajdzie. A kiedy ktoś zechce się nimi pobawić, po prostu pójdzie i je sobie wyciągnie na chwilę.
Wszyscy zgodzili się na to i poszli do piaskownicy, gdzie właśnie trwały prace nad budową drogi dla małych samochodzików i nad podziemnymi – a dokładniej podpiaskowymi garażami, bo przecież w piaskownicy nie ma ziemi, tylko piasek, ale o tym każde dziecko dobrze wie.

Zabawa toczyła się bardzo spokojnie. Nic nie zapowiadało tego, co miało wydarzyć się już za chwilę. Oto Feluś, widząc w drugim końcu piaskownicy fajny, czerwony samochodzik, postanowił chwilę się nim pobawić. Nie pytając nikogo o zgodę, podszedł do niego, wziął do ręki i zaczął udawać dźwięk wyścigowego silnika, a także pisk opon, który słychać, gdy samochody biorą ostry zakręt.

– Ej! Zostaw! To mój samochód – krzyknął nagle Waluś, który usłyszał dziwne dźwięki za swoimi plecami. – Oddawaj, bo zobaczysz! – groził bratu i podbiegł, żeby odebrać mu małe czerwone super autko.

– No, co ty. Przecież ja tylko na chwilę się nim pobawię. Nie zabiorę ci – próbował uspokoić brata Feluś, ale chyba na niewiele to się zdało, bo Waluś szedł w jego stronę z taką miną, jakby za chwilę miał mu zrobić coś złego…
Feluś cofnął się kilka kroków, wciąż trzymając w dłoni samochodzik. Nie bardzo wiedział, skąd u Walusia nagle pojawiło się aż tyle złości. Przecież zwykle jest bardzo spokojny, a teraz? Jakby zapomniał, że Feluś jest jego bratem i nie słyszał, że zaraz odda mu czerwony autko.
Nie pomogły prośby i zapewnienia, że pobawi się jeszcze chwilę i zaraz skończy. Waluś nie odpuścił. Cóż było robić. Feluś nie chciał się bić z własnym bratem i oddał mu samochodzik, ale do piaskownicy już nie wrócił.
Poszedł pod drzewo, gdzie wcześniej schował zaczarowane, tęczowe okulary. Założył je i usiadł na wysokiej górce z liści, dzięki czemu było mu ciepło od ziemi. Patrzył przez chwilę, jak jego rodzeństwo bawi się, budując dalszą część drogi i kolejne garaże, gdy nagle…zobaczył kogoś jeszcze.
A kto to taki? Przyjrzał się dokładnie i… Tak, to Iskierka i Chochlik siedzą w piaskownicy. Skaczą z jednego końca na drugi. Wyskakują na ramiona dzieci i coś im szepczą do ucha.

– Dlaczego zburzyłeś mój garaż?! – Feluś aż podskoczył na górce liści, gdy Balbinka krzyknęła na brata.

– Bo tak! – z iskrami złości w oczach odkrzyknął jej Waluś.

Feluś zobaczył coś jeszcze. Gdy Chochlik szeptał coś Walusiowi do ucha, Iskierka dmuchnęła w jego oczy jakimś kolorowym pyłkiem. Takim, jaki mają wróżki w bajkach. I gdy tylko to zrobiła, zaczęła się kłótnia. Potem dmuchnęła pyłkiem w oczy Balbinki i wtedy było jeszcze gorzej. Brat z siostrą zaczęli się tarzać w piaskownicy, sypiąc na siebie piaskiem, ciągnąc za rękawy kurtki, burząc przy tym wszystko, co do tej pory zbudowali.
Feluś nie mógł uwierzyć własnym oczom. Co się stało z jego rodzeństwem? Przecież nigdy do tej pory aż tak się nie kłócili? Czasem się posprzeczali, ale jak to w rodzeństwie. Zwykle jednak szybko się godzili i dalej bawili się razem. Teraz chyba bez pomocy się nie obędzie – pomyślał Feluś i poderwał się z ziemi. Nawet okularów nie zdejmował, żeby widzieć, gdzie w tym czasie podziewają się Iskierka i Chochlik, ale żadnego z nich nie zauważył. Pewnie byli już daleko stąd, w jakimś innym ogrodzie, gdzie bawiły się dzieci sąsiadów.
Podbiegł szybko, wskoczył do piaskownicy i zaczął rozdzielać Balbinkę od Walusia. Nie było to takie proste. Oboje z taką złością się sczepili, że już miał biec wołać o pomoc rodziców. Na szczęście po chwili leżeli już osobno na piasku, ale wciąż na siebie krzyczeli.

– Cisza! Słyszycie? Cicho bądźcie! Przestańcie już, bo chcę wam coś powiedzieć. Jak usłyszycie, co zobaczyłem przed chwilą przez magiczne tęczowe okulary, to mi nie uwierzycie! – Feluś krzyczał tak głośno, jak tylko mógł, żeby siostra i brat go usłyszeli.

Ostatnie słowa jak zaczarowana różdżka zadziałały na dwójkę maluchów, które w jednej chwili przestały na siebie krzyczeć.

– Przez magiczne okulary? Co zobaczyłeś, no powiedz – jako pierwsza zapytała Balbinka.

– Albo daj mi popatrzeć, to sam zobaczę – zaproponował zdyszany po walce z Balbinką Waluś.

– Teraz już ich nie ma, więc nie zobaczysz – wyjaśnił Feluś.

– Kogo nie ma? – znów wyrwała się z pytaniem siostra.

– Nie uwierzycie, ale razem z wami w piaskownicy byli Chochlik i Iskierka, tylko żadne z was ich nie widziało. Zanim zaczęliście się kłócić, Chochlik coś szepnął do ucha Walusiowi, a Iskierka dmuchnęła mu w oczy kolorowym pyłkiem. Takim, jak nieraz widzieliśmy w bajkach, gdy wróżki chciały kogoś zaczarować. A potem Iskierka zdmuchnęła ze swojej rączki ten pyłek jeszcze w oczy Balbinki. I wtedy tak zaczęliście na siebie krzyczeć, jakbyście zapomnieli, że jesteście rodzeństwem. A przecież bardzo się lubicie i kochacie. Gdybym tu nie przyszedł, to nie wiem, jakby się to wszystko skończyło – dokładnie wytłumaczył Feluś.

– Teraz sobie przypominam, że nagle przyszedł mi do głowy pomysł, żeby wdepnąć butem w garaż zbudowany przez Balbinkę, ale od razu pomyślałem, że jest głupi, bo przecież nie będę tego robił własnej siostrze. Sam bym nie chciał, żeby mi coś takiego zrobiła. Ale zaraz po tym, jakbym zapomniał, że ona jest moją siostrą i znów przyszedł ten pomysł, żeby jednak zburzyć jej garaż. No i zburzyłem…. – trochę zdziwionym głosem opowiedział o tym, co mu się przydarzyło, Waluś.

– A ja, kiedy wdepnąłeś w mój garaż, to chciałam się tylko rozpłakać, ale też jakbym zapomniała po chwili, że jesteś moim bratem i rzuciłam się na ciebie. No i wtedy zaczęliśmy się tarzać po piasku. A potem przyszedł Feluś. Nic z tego nie rozumiem – westchnęła Balbinka.

Dzieci chyba dalej nie mogły uwierzyć, że skrzaty, które znały od dawna, coś takiego robią ludziom. Myślały, że są przyjaźnie nastawione, a tu taka niespodzianka… A może one robią to dla zabawy i nie wiedzą, że wyrządzają im krzywdę. Myślą, że to taki psikus, po którym trzeba szybko uciekać, żeby nikt się nie dowiedział, kto to zrobił. Skrzaty też uciekają i chowają, choć nie musiałyby tego robić, bo przecież mogą być niewidzialne. Póki co, nikt dokładnie nie wiedział, dlaczego i po co skrzaty skłócają ze sobą ludzi.

Od tamtej pory dzieci już wiedziały, że gdy tylko coś im podszeptuje, żeby zrobić na złość komuś, nakrzyczeć na niego krzyczeć, o coś go posądzić albo też uderzyć, to jest to znak, że któremuś z nich usiadł na ramieniu Chochlik, a pyłkiem oczy sypnęła Iskierka. I jak się o tym pamięta, to łatwiej załatwić po dobroci każdą sprawę. Nawet jak się już komuś coś złego zrobi, to wtedy łatwiej jest przeprosić i naprawić. Ale trzeba o tym pamiętać.
Jeszcze tego samego dnia dzieci opowiedziały o wszystkim rodzicom, którzy przekazali to swoim sąsiadom, a tamci swoim sąsiadom i tak oto wszyscy w małym miasteczku wiedzieli już, że wszystkie rodzinne i sąsiedzkie kłótnie to sprawka skrzatów – Chochlika i Iskierki, które używają mocy niewidzialności. Jednak nie wypędzono skrzatów z miasta, bo za bardzo ich lubiano. Z czasem Iskierka i Chochlik przestali robić głupie kawały ludziom, bo ci nie dawali się już na to nabrać, a wtedy to już nie było takie śmieszne i zabawne. Szkoda więc im było na to czasu.

 

– Mamo, a czy to znaczy, że nam też ktoś podszepnął do uszka, żebyśmy się dziś z Olą pokłócili o klocki? – zapytał Krzyś, gdy mama skończyła opowiadanie, które i mnie bardzo się podobało.

– Kto wie, może tak było i choć nie mamy zaczarowanych, tęczowych okularów, to możemy pamiętać, tak jak Feluś i jego rodzeństwo, że kiedy coś nas kusi, by się pokłócić i zapominamy, że to przecież nasz brat, czy siostra, to wtedy lepiej na chwilę nic nie mówić. Zamiast tego, trzeba szybko strzepnąć z ramion psikuśne skrzaty, przetrzeć oczy z czarodziejskiego pyłku i pomyśleć: jakby to załatwić po dobroci? – podpowiedziała dzieciom mama.

– To ja już chyba wiem, jak można było zrobić, żeby się dziś nie pokłócić – spróbowała odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie mamy Ola, która zastanawiała się, jak odkryć, czy Krzyś rzeczywiście pożyczył klocki, czy też nie.

– Jak budowałam domek dla lalek i zabrakło mi klocków, to nie od razu pomyślałem, że to Krzyś je zabrał. Dopiero po chwili przyszło mi to do głowy. Wcześniej myślałam, że może potoczyły się pod łóżko, albo że zostały w koszu z zabawkami. Ale – tak jak Walusiowi – szybko przyszła taka myśl, że to na pewno Krzyś zabrał te klocki. I jakbym strzepnęła z ramienia Chochlika i przetarła oczy z pyłku Iskierki, to bym wiedziała, że najlepiej sprawdzić ile jest klocków, bo na pudełku przecież pisze. A nawet jakby nie pisało, to mogłam policzyć swoje klocki i iść do Krzysia, żeby policzyć jego i w ten sposób bym wiedziała, czy to on mi je zabrał, czy ja po prostu buduję za duży domek dla lalek i dlatego tych klocków mi zabrakło – skończyła swoje długie wyjaśnienia Ola.

– Brawo córeczko, Brawo! – mama klaskała w dłonie i uśmiechając się pogratulowała Oli. – Chodźcie tu do mnie bliżej. Chcę was tak mocno do siebie przytulić i powiedzieć, że jestem z was bardzo dumna i cieszę się że was mam. Smutno by było, gdyby was nie było.

– I bez ciebie też by było smutno, mamo – stwierdził uśmiechnięty Krzyś, a Ola potaknęła główką i dała mamie słodziutkiego buziaka.

– Ale, ale… zapomniałam o rymowance, która będzie wam przypominać o tym, że to nic złego pomyśleć i chcieć coś złego zrobić, bo to się każdemu zdarza. Najważniejsze, by w porę się otrzepać i przetrzeć oczy, żeby taka myśl szybko sobie poszła. A kiedy sobie pójdzie, pomyśleć chwilkę i zadać sobie pytanie: jak mogę załatwić to po dobroci?
Oto moja rymowanka dla was. Ja też sobie ją czasem powtarzam, bo i na moim ramieniu czasem przycupnie Chochlik i szepcze mi do ucha, by nakrzyczeć na was bardzo mocno, choć nie ma takiej potrzeby.

Gdy zaczynam złościć się, chociaż bardzo lubię cię,
to od razu sobie myślę: pewnie Chochlik kusi mnie
i już szepcze mi do uszka, co mam zrobić, a co nie,
a Iskierka pyłkiem w oczy, prószy tak, że widzę źle.
Lecz ja jestem bardzo mądry/a i tak łatwo nie dam się
nabrać na Chochlika psoty, i co robić, dobrze wiem.
Pstryk – i strącam go na ziemie, pyłek z oczu szast i prast!
Nie pozwolę nigdy więcej, by ktoś znowu skłócił nas.

– To jedna z najfajniejszych rymowanek, jakie znamy – ucieszyła się Ola. – I można ją sobie pokazywać: jak się złoszczę – robić srogą minę, jak chochlik coś szepcze do uszka to mogę rączką udawać że coś szepczę komuś do uszka, a potem dmuchnąć czarodziejskim pyłkiem, jak Iskierka. Ale najfajniejsze jest potem, jak mogę pstryknąć Chochlika, tak aż robi fikołka na ziemię. Na koniec przecieram rączkami swoje oczy i mogę znów dobrze widzieć – wymyśliła Ola, a jej pomysł bardzo spodobał się zarówno Krzysiowi jak i mamie.

Tego dnia wszyscy w domu chodzili i pstrykali się raz w jedno ramię, raz w drugie, chociaż nikt z nikim nie chciał się kłócić. Robili tak, by dobrze sobie zapamiętać nową rymowankę i to, co mają zrobić, kiedy znów coś ich będzie kusić, żeby się pokłócić z kimś, kogo przecież bardzo lubią.
Ja też chyba zacznę pstrykać Chochlika, bo nieraz mnie kusi, żeby wyskoczyć tam, gdzie mi nie wolno. I złoszczę się wtedy na panią Ewę, albo pana Andrzeja, że mi tego zabraniają . Albo wtedy, gdy mnie nie wpuszczają do jakiegoś pokoju, bo się boją, że im powylewam kawę na ważne dokumenty.
A jak posłucham tego Chochlika, to albo coś strącę i rozbiję, albo ktoś przeze mnie o mało się nie przewróci i nie nabije sobie guza, albo też bardzo się zdenerwuje, bo zachlapałem mu wyjściowe ubranie rozlaną kawą.
Teraz już wszyscy wiemy, co mamy robić. No i ta rymowanka. Powtórzę ją, sobie, żeby mi gdzieś nie uciekła z głowy. Tobie też radzę, bo może ci się przydać:

Gdy zaczynam złościć się, chociaż bardzo lubię Cię,
to od razu sobie myślę: pewnie Chochlik kusi mnie
i już szepcze mi do uszka, co mam zrobić, a co nie,
a Iskierka pyłkiem w oczy, prószy tak, że widzę źle.
Lecz ja jestem bardzo mądry/a i tak łatwo nie dam się
nabrać na Chochlika psoty, i co robić, dobrze wiem.
Pstryk – i strącam go na ziemie, pyłek z oczu szast i prast!
Nie pozwolę nigdy więcej, by ktoś znowu skłócił nas.