Łapa na zgodę – bajka do czytania

0
173
views
Pies i kot. Jak pogodzić się po kłótni. Bajka do czytania
Źródło grafiki: pixabay.com

Czy wiesz, jak pogodzić się po kłótni?

Zarówno dzieciom, jak i dorosłym, nie przychodzi to łatwo. Chyba, że chodzi o przyjaciół. Wtedy jest dużo łatwiej. Zaufanie, że przyjaciel nie chce zrobić nam krzywdy i świadomość, że sprzeczka jest czymś, co może się zdarzyć każdemu – pomagają wyciągnąć dłoń na znak zgody.

Oto pierwsza bajka do czytania, z serii przygód psa Fafika i kota Bączka. Zgoda między przyjaciółmi to coś bardzo ważnego. Tego uczą Fafik i Bączek. Oni wiedzą, jak pogodzić się po kłótni, albo po tym, gdy przyjaciel nie poświęcił im wystarczająco dużo czasu.

Pobierz bajkę i przeczytaj przy najbliższej okazji. Fafika i Bączka nie da się nie lubić i kto wie, może zostaną waszymi przyjaciółmi… 🙂

Łapa na zgodę

– Berek! – usłyszałem głos… i poczułem dotknięcie łapki na moim ogonie.

– No nie! Jak ty to robisz? Skradasz się tak cicho, że znów mnie zaskoczyłeś! – krzyknąłem i zacząłem swój poranny pościg za Bączkiem.

– Na pewno mnie nie dogonisz! Jestem szybszy od ciebie. Jestem najszybszym kotem na świecie! – wołał Bączek, jak gdyby nigdy nic, przeskakując z jednej grządki z truskawkami na drugą. Gdy to zobaczyłem, aż mi serce mocniej zabiło.

– Tam nie wolno! Pamiętasz, co mówiła Kasia? Jeśli coś zniszczymy, znów nie pozwolą nam wchodzić do tej części ogródka! – krzyknąłem przerażony w stronę małego sprintera.

– Nic im nie zrobię. Przecież wiesz, jak dobrze skaczę i uważam, gdzie stawiam łapki. Ostatnim razem, gdy wpadłem na krzaczek i zdeptałem kilka truskawek, to był wypadek. Zapatrzyłem się na lecącą wprost na mnie srokę. Przestraszyłem się, że jak nie schylę głowy, to się zderzymy. No i gdy tylko się schyliłem, straciłem równowagę i wpadłem wprost w truskawki. Dalej już wiesz, co było – tłumaczył ze spokojem Bączek.

– Wiem, wiem i dlatego wolę być ostrożny. Nie chciałbym drugi raz tego przeżywać. Dostało się wtedy nie tylko tobie, ale i mnie – tu zatrzymałem się i zacząłem drapać się za lewym uchem. Bączek widząc, że nikt za nim nie biegnie, też się zatrzymał. Czekał na mój ruch.
A ja czekałem, aż coś go rozproszy, by z zaskoczenia wygrać tę rundkę berka. Drapiąc się za uchem, zerkałem w stronę Bączka. On patrzył na mnie, a ja na niego. W pewnej chwili Bączek otworzył pyszczek i ziewnął.
Wykorzystałem chwilę jego nieuwagi i tak szybko, jak umiałem, zacząłem biec w stronę przyjaciela. Ten, widząc, że się zbliżam, zerwał się na równe nogi. Widać było, że nie zamierza się poddać. Chcąc mnie zmylić, skręcił nagle w stronę jabłoni, rosnących w naszym ogrodzie. Nie widząc innej drogi ucieczki, odbił się z całych sił i wskoczył na gałąź, która była najniżej. Potem na jeszcze jedną i jeszcze jedną. Wiedział, że im wyżej się znajdzie, tym trudniej będzie mi go dosięgnąć.

– To nie fair! Umawialiśmy się, że nie wskakujemy tam, gdzie drugi z nas nie da rady! – krzyknąłem trochę już zły, zadzierając głowę do góry. Chwilę to trwało, zanim zobaczyłem ten jego długi, rudy, koci ogon.

– No wiem, ale jakbym tu nie wskoczył, dogoniłbyś mnie i wtedy ja bym był „berek”. Wiesz, że wolę uciekać niż gonić – tłumaczył się Bączek.

– Przecież zawsze możemy skończyć zabawę w berka i robić coś innego. Znasz mnie. Równie dobrze możemy pobiec teraz do domu i coś przekąsić, bo coraz bardziej burczy mi w brzuszku – nieco łagodniejszym tonem zwróciłem się z dołu do Bączka.

Ten pomyślał chwilę, kiwnął ogonkiem w prawo, kiwnął ogonkiem w lewo i hops, zeskoczył tuż obok mnie.

– Przepraszam. Więcej nie będę. Słowo kota. Łapa na zgodę? – patrząc mi prosto w moje oczy, zapytał Bączek.

– Łapa na zgodę! – odpowiedziałem. Nie umiem się gniewać na tego kociaka. Chyba za bardzo go lubię, a kiedy kogoś tak bardzo się lubi, to nawet największy gniew szybko znika. Tak, jak znika noc, gdy na niebie pojawia się Słońce. Może to nasze lubienie jest jak takie Słońce? Kto wie…

– Chyba też jestem głodny. Gdy tylko wspomniałeś o jedzeniu, od razu przyszła mi ochota na soczystego tuńczyka, którego troszkę zostało mi ze śniadania. To co? Kto pierwszy przy drzwiach? – rzucił wyzwanie Bączek i wystartował jak z procy, kierując się prosto w stronę domu.

– Jasne! – zgodziłem się na propozycję przyjaciela i nie czekając dłużej, pognałem co sił w łapach, by dotrzeć na miejsce jako pierwszy. I dobiegłem. Tym razem Bączkowi nie udało się zostawić mnie w tyle. Ale nam to nigdy nie przeszkadza, bo przecież nie jest ważne, kto wygrywa w takich biegach. Dla nas najbardziej liczy się dobra zabawa i radość z biegania.
Gdy tylko dotarliśmy do domu, poszliśmy w tę samą stronę. Tak się składa, że nasze miseczki stoją w jednym kąciku. Zawsze raźniej wyjada się wszystkie smakołyki, które zostawia nam tu Kasia albo jej rodzice.

Kot. Jak pogodzić się po kłótni. Bajka do czytania
Źródło grafiki: pixabay.com

Tak w ogóle, to zapomniałem się przedstawić. Zupełnie wyleciało mi to z głowy, za co bardzo Cię przepraszam. Mam nadzieję, że już troszkę się domyślasz, kim jestem i kim jest mój kolega, a właściwie mój najlepszy przyjaciel, z którym biegałem dzisiejszego ranka po ogrodzie.
Ja nazywam się Fafik i jestem psem rasy labrador. Mój przyjaciel to kot. Rudy kot Bączek. Dlaczego Bączek? Bo kiedy do nas przyjechał, to przez cały dzień łapał swój rudy ogonek i kręcił się przy tym jak mały, włochaty bączek. No i Kasia powiedziała, że właśnie tak będzie się nazywał: Bączek.

Zastanawiasz się może, jak to możliwe, że tak bardzo się lubimy, skoro ja jestem psem, a Bączek kotem? Tak, wiem. Też o tym słyszałem, że my psy, powinnyśmy szczekać na koty, warczeć, przeganiać ze swojego podwórka i w ogóle bardzo ich nie lubić. Ale dla mnie to jakieś zmyślone historie. Bo niby czemu miałbym nie lubić Bączka?
A poza tym, nawet gdybym w to uwierzył, to i tak bym go lubił, bo prosiła mnie o to Kasia, a jej słowa są dla mnie najważniejsze. Gdy Bączek pojawił się w naszym domu, a było to miesiąc temu, nie bardzo wiedziałem, jak się zachować. W pierwszej chwili nawet sobie pomyślałem, że może to jakaś zamiana: przyjechał kot, to pies musi odejść. Zamiast mną, wszyscy zajmowali się teraz Bączkiem. Bawili się z nim, śmiali, gdy ten gonił za tym swoim długim, rudym ogonkiem, przewracając się albo podskakując jak mała kózka. Tamtego dnia, przez całe popołudnie, chodziłem smutny i zmartwiony. Myślałem, że już o mnie zapomnieli. A przecież do tej pory to ja byłem ich ulubionym zwierzakiem.

Wszystko wyjaśniło się wieczorem. Właśnie wtedy Kasia wróciła z ogrodu z Bączkiem na rękach i zobaczyła, jak leżę na swoim legowisku, ze smutną miną i oczami wpatrzonymi w ścianę. Podeszła do mnie, trzymając na rękach małego rudzielca, przykucnęła i powiedziała:

– Fafik, przepraszam, że dziś się z tobą nie bawiłam. Rodzice zrobili mi taką niespodziankę, że zupełnie o wszystkim zapomniałam. Nawet nie zrobiłam tego, co pani zadała nam w przedszkolu, a przecież wiesz, że zawsze to robię w piątek, gdy tylko zjem obiad. Dzięki temu potem mam dużo wolnego czasu na zabawę. Ale dziś, po wyjściu z przedszkola, pojechałam z rodzicami za miasto, do znajomej mojej mamy. Ta pani miała kilka małych kotków i szukała kogoś, kto by się nimi zaopiekował. Moi rodzice pomyśleli, że zrobią mi niespodziankę i wezmą kotka. Gdy tylko zobaczyłam te małe, rude, puchate kulki w koszyku, od razu chciałam jednego zabrać. Bączek spodobał mi się najbardziej. I wiesz, wtedy pomyślałam, że dzięki niemu nie będziesz już musiał być sam, gdy wszyscy na cały dzień wyjeżdżamy do miasta. Potem, gdy przyjechaliśmy, zajęliśmy się Bączkiem i nie pomyślałam, jak może ci być smutno, a nawet przykro z tego powodu. Teraz chcę cię przeprosić. Łapa na zgodę? – zapytała Kasia, wyciągając w moją stronę swoją małą rączkę.

Popatrzyłem w jej oczka i uwierzcie mi, nie mogłem nie podać jej łapy. Przecież kocham ją najbardziej na świecie. Było mi trochę smutno, gdy widziałem, jak Bączek zabawia całą rodzinę, a na mnie nikt nie zwraca uwagi. Ale przecież nic takiego się nie stało. Też mogłem coś zrobić, żeby było inaczej. Na przykład mogłem podbiec do Kasi i razem z nią patrzeć, jak Bączek goni własny ogonek.
Co było, to było. Ważne, że teraz znów jest tak, jak wcześniej. A może nawet lepiej?

– Zgoda! – wyciągnąłem łapę, która już po chwili połączyła się z rączką Kasi.

– Fafik, poznaj nowego kolegę, który od dziś będzie z nami mieszkać. To jest Bączek – odezwała się Kasia, bardzo ucieszona tym, że jej przeprosiny zostały przyjęte. – Mam do ciebie prośbę: zaopiekuj się Bączkiem. Jesteś starszy i większy, a on dopiero poznaje świat i wszystkiego się uczy. Mam nadzieję, że gdy tylko troszkę się poznacie, bardzo się polubicie – powiedziała Kasia i postawiła małego, rudego stworka tuż obok mojej dużej, psiej łapy.

Bączek chyba w ogóle nie zauważył, że jestem z pięć razy większy od niego. Jak gdyby nigdy nic, zaczął bawić się moją łapą. Przyczajał się, skakał do niej, atakował, jakby to nie była łapa, tylko jakaś mała, polna myszka. Nawet największy smutas by się uśmiechnął, gdyby tylko to widział. Mój smutek też zniknął, bo nie umiałem być zły na to, że poznałem fajnego kolegę.

– Cześć Bączek. Jestem Fafik. Co ty na to, żebyśmy się kolegowali? – odezwałem się pierwszy, gdy maluchowi znudziła się zabawa.

– Cześć Fafik. Jestem Bączek, ale to już wiesz. Fajnie, że nie będę tu sam, bo strasznie bym się nudził! Bardzo chętnie będę się z tobą kolegował! Mam do ciebie prośbę, ale nie wiem, czy mogę tak od razu, bo przecież prawie wcale się nie znamy. Ale co mi tam. Najwyżej się nie zgodzisz… – niepewnym głosem zakończył swoje przywitanie mały rudzielec.

– Jasne, że możesz. Mów śmiało, o co chodzi? – zgodziłem się, potakując swoją dużą, psią głową.

– Pomożesz mi zrobić coś z tym, co się do mnie przyczepił? – zapytał Bączek.

– Czyli z kim? – zapytałem nieco zdziwiony prośbą nowego kolegi.

– No, z tym futrzastym, długim, rudym, który wszędzie za mną chodzi, patrzy co robię i w ogóle. On chyba mnie śledzi i nie mam pojęcia, czego ode mnie chce, bo do tej pory ani jednym słowem się nie odezwał – wyjaśnił mi Bączek.

Gdy upewniłem się, że nie żartuje, tylko wciąż ma bardzo poważną, jak na małego kota, minę, wybuchnąłem takim śmiechem, jakiego dawno w tym domu nikt nie słyszał.

– Z czego się tak śmiejesz, Fafik? Ja mówię poważnie. Ten gość ciągle za mną chodzi. Zasypiam – jest. Budzę się – dalej jest. Nie wiem, co mam zrobić, żeby się w końcu odczepił. Kiedy go gonię, to nawet gdy udaje mi się go złapać w pyszczek, po chwili znów mi ucieka. Dziś całe popołudnie go ścigałem i nic. Dalej tu jest. Widzisz? – opowiadał malec, chyba naprawdę nie bardzo wiedząc, jak sobie z tym poradzić.

– Bączek. Ty naprawdę myślisz, że to jest jakiś zwierzak, który przyczepił się do ciebie i nie chce dać ci spokoju? – zapytałem z troską w głosie, choć tak naprawdę bardziej chciało mi się śmiać, bo przecież wiedziałem, o czym mówi.

– No tak. A czemu pytasz?

– Posłuchaj – powiedziałem, po czym objąłem Bączka swoją łapą i przysunąłem do siebie. – To nie jest żaden zwierzak. Nikt się do ciebie nie przyczepił. Popatrz na mnie. Co widzisz za moimi tylnymi łapami?

Bączek powoli obrócił się i spojrzał tam, gdzie leżał mój ogon.
– Widzę twój ogon – odpowiedział.

– A teraz popatrz za swoje tylne łapy. Do czego jest podobne to, co tam widzisz? – zadałem kolejne pytanie.

– To jest podobne do… twojego ogona, tylko trochę krótsze i bardziej napuszone. I ma inny kolor niż twój ogon. Ma taki sam kolor jak moje futerko. Hmm… – zamyślił się Bączek. Myślisz, że to coś, to też ogon? I to w dodatku mój? – z lekką niepewnością w swoim głosie zapytał Bączek.

– Tak – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się najserdeczniej, jak tylko umiałem. – I nie musisz go już gonić, ani próbować się od niego uwolnić. To twój piękny, puszysty ogon.

Bączek popatrzył na mnie, jakby nad czymś się zastanawiał, po czym wybuchnął takim śmiechem, że i ja nie mogłem się już powstrzymać. Obaj tarzaliśmy się po podłodze, śmiejąc się i śmiejąc, co mogło oznaczać tylko jedno: wspaniały początek naszej przyjaźni.
Tamtego wieczoru przygarnąłem Bączka do siebie. Maluch nie miał swojego miejsca w domu, bo rodzice Kasi nie zdążyli jeszcze kupić mu legowiska. Moje jest wystarczająco duże, a Bączek, póki co, jest bardzo małym kotkiem, więc spokojnie obaj się w nim mieścimy.
Gdy maluch smacznie usnął, przyszła Kasia, by powiedzieć nam „dobranoc”. Kiedy zobaczyła nas leżących razem w moim legowisku, uśmiechnęła się tak serdecznie, że aż oczka się jej zaświeciły. To znak, że była bardzo szczęśliwa i cieszyła się z naszej przyjaźni. Pogłaskała po główce mnie i Bączka, po czym pobiegła na górę do swojego pokoju.
Tak było miesiąc temu, gdy poznałem mojego przyjaciela. Od tamtego czasu, niejeden raz wyciągaliśmy do siebie łapę na zgodę, bo nawet najlepszym przyjaciołom zdarzają się małe sprzeczki. Wtedy wystarczy przypomnieć sobie, jak bardzo się lubimy i przeprosić albo przyjąć przeprosiny.
Dziś nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Właśnie idziemy spać. Znów razem, bo legowisko Bączka jeszcze nie wyschło po praniu. A jutro? Kto wie, jakie pomysły przyjdą nam do głowy. Jakie by nie były, jutrzejszy dzień na pewno będzie wspaniały.

 

Mam nadzieję, że teraz już wiesz, jak pogodzić się po kłótni, czy małej sprzeczce.
Jeśli ta historia spodobała się twojemu dziecku, możesz przeczytać mu inne opowieści Fafika. Znajdziesz je w kategorii Fafik i Bączek